Blisko światła

Autor: jak <sucha(at)sceav.cz>, Téma: Život s Bohem, Vydáno dne: 25. 12. 2016

Biblický text: Ježíš k nim opět promluvil a řekl: „Já jsem světlo světa; kdo mě následuje, nebude chodit ve tmě, ale bude mít světlo života.“ Farizeové mu řekli: „Ty vydáváš svědectví sám sobě, proto tvé svědectví není pravé.“ Ježíš jim odpověděl: „I když vydávám svědectví sám sobě, moje svědectví je pravé, neboť vím, odkud jsem přišel a kam jdu. Vy nevíte, odkud přicházím a kam jdu. Vy soudíte podle zdání. Já nesoudím nikoho. Jestliže já přece soudím, je můj soud pravdivý, neboť nesoudím sám, ale se mnou i ten, který mě poslal." (J 8,12-16)


Żeby wszystko było jasne, to zaraz na początku się zastrzegę, że o światłości jako takiej kazałem już na ten tekst na takim samym nabożeństwie sąsiedzkim u was w Olbrachcicach. Z tego, że rzędów perykop jest sześć, to by wychodziło, że było to przed sześcioma laty – ale sprawdziłem: okazuje się, że było to dwanaście lat temu (czyli dwie zmiany tych rzędów tekstów). To tak tylko, żebyście mi nie musieli pokazywać, który raz to kazanie słyszycie... Mniej więcej wiem, o czym tamto było, ale starałem się tam nie zaglądać, żeby się czymś nie zasugerować, bowiem teksty tegoroczne przemawiają tak niesamowicie świeżo i aktualnie, że nie nadążam się dziwić. I odkrywać...

Pozwoliłem sobie wybrać ten tekst, wyznaczony na 2. Święto Narodzenia Pańskiego, a nie ten na Szczepana, ponieważ jest on kontynuacją słowa, jakie czytaliśmy i rozważali w wieczór wigilijny. Zresztą, pochodzi z tej samej Ewangelii Jana, co trochę tłumaczy. Kto jest ze zboru, gdzie się czytało co innego, albo kto zapomniał, przypomnę: Jan 3,16-21. Najpierw najbardziej znane słowo z Ewangelii: „Albowiem tak Bóg umiłował świat...” (dokończcie sobie), a zaraz potem rzecz o sądzie. „Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony” (w. 17). Czyli: Jezus nie przyszedł po to, by sądzić, ale by ratować. „Zbawić” – ale tego słowa nikt już dzisiaj nie rozumie. W mowie potocznej, niereligijnej się go nie używa. Dlatego je musimy przetłumaczyć, żeby załapać, „o co go”. Myśmy przedwczoraj w nocy mówili o Ratowniku. Liczy się każdy ułamek sekundy, pacjent umiera. Odlatuje... Już, już, prawie... Szybka akcja serca – ratownik nie czyni w tym momencie całej anamnezy, nie analizuje i nie wypomina umierającemu, że za dużo palił, nie uprawiał sportu, że się źle odżywiał, że za dużo trójglicerydów, za wysoki cukier... Nie ma czasu! Szybka akcja serca, żeby gościa złapać, żeby go uratować! Jan pisze: to czyni Jezus. Po to przyszedł. Takim jest Ratownikiem.

I dalej mowa o tym, co nas oskarża, co jest źródłem naszej oceny: to, co żeśmy sami z naszym życiem zrobili. Że znów użyję tego przykładu. Ratownik nie wypomina i nie sądzi. Sądzi cię, człowiecze, twoje własne dotychczasowe podejście do życia i zdrowia. Bo ty sam się swoim stylem życia przysłużyłeś i przyczyniłeś do tego, że leżysz ułamek sekundy przed śmiercią. „Światłość przyszła na świat” – tu jest właśnie ta Światłość, o której i w dzisiejszym tekście. Ale ludzie wybrali, że wolą być po stronie ciemności – bo tak chcą. Bo im ktoś 42 księgi Biblii wcześniej powiedział, że mają sami zdolność decydowania o tym, co jest dobre, a co złe. Co się będziecie Pana Boga słuchać. Wy sami bądźcie bogami! Wasze życie w waszym ręku! Wy decydujecie (po czesku jest jeszcze lepsze słowo: určujete), co jest złem, a co dobrem. Więc – pisze Jan – ludzie nie chcą, by im ktoś „poświecił” na ich życie. No to się ciemność rozmnaża i panoszy, szczerzy zęby i z każdej strony zagraża! Jak byście chcieli inaczej?!

Nie będę powtarzać, bo mówiłem już i w radiu o tym, i na kazaniu w Wigilię, że wszystkie moce ciemności się sprzysięgają, by atakować, zwłaszcza w okolicach świąt, bo wtedy najbardziej boli. I że tak na dobrą sprawę, to te moce ciemności są już przegrane, i dlatego tak się wściekają i pienią. I bynajmniej nie musimy tu tylko mieć na myśli ataków terrorystycznych; dla kogoś innego to będzie wojna, dla jeszcze innego prześladowania, dla innych zdruzgotane relacje pomiędzy bliskimi dotąd ludźmi, gdzie indziej panika z powodu diagnozy lekarskiej i strach przed jutrem, albo śmierć kogoś bliskiego... Ciemność nas dotyka, nieraz bardzo boleśnie. Ale my możemy stać po stronie Chrystusa, który już światło w tym ciemnym tunelu dla nas rozświecił.

I to, co dzisiaj czytamy, jak gdyby było totalnie dalszym ciągiem tamtych myśli. Też światło. Jezus mówi, że jest Światłością. I też mowa o ludzkim osądzaniu. I o tym, który sąd jest prawdziwy. Jezus znów przychodzi jako Ratownik – choć w tym wypadku byśmy Go raczej mogli nazwać Terapeutą. Nie macie Biblii przed sobą, bo gdybyście mieli, to byście wiedzieli, o czym mówię. Ktoś ma Biblię? Co tam jest wcześniej w tym rozdziale? No właśnie: „O kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie”. Pułapka sądowa faryzeuszy. Jakkolwiek by Jezus nie rozstrzygnął, oni i tak będą mieli pretekst, by Go o coś oskarżyć. Już pomijam to, że jeżeli kobietę przyłapano dosłownie „na gorącym uczynku” (nie: podejrzewano o cudzołóstwo), to sama ze sobą cudzołożyć nie mogła. Może ktoś z oskarżycieli chciał laskę wmanewrować, bo mu się „loło za kragiel”. W każdym razie robią to, o czym żeśmy mówili wcześniej: pokazują palcem – sama sobie winna! Oskarżają i wydają wyrok. Może kryją własne grzechy, ale to już w obliczu śmierci przez ukamienowanie nie jest chyba dla tej kobiety aż tak ważne. Ona potrzebuje ratunku. Wie, że sama jest sobie winna. Pewnie cały obraz życia jej przelatuje w tym momencie przed oczyma – i uświadamia sobie, że nazbyt często wystarczył jeden malutki kroczek, jedna maleńka decyzja, by wszystko potoczyło się inaczej. Ale jest tak, jak jest. Wyrokiem jest śmierć.

Co wam to mówi? Przypomina inny werset? „Zapłatą grzechu jest smierć, lecz darem łaski Boga jest życie wieczne – dzięki Jezusowi Chrystusowi”? No, właśnie. Taką On jest Światłością dla świata. Dla człowieka. Która rozświetla wszystko i wszystko staje się inne. Bo On przyszedł, by uratować, by wybawić. Nie po to, by pogłębiać poczucie winy, by ofiarę ludzkiej głupoty i grzechu jeszcze bardziej pognębić. Co zrobił z tą kobietą? Jak Jezus odpowiedział? „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem”. I co potem? „I ja cię nie potępiam”. Jesteś wolna! Idź i już nigdy więcej tego nie rób!

To sformułowanie tam jest szczególne. Dla nas nie oznacza, że ta kobieta już odtąd nie popełni żadnego grzechu i „z papuciami dostanie się do nieba”. Ale chodzi o ten konkretny problem. I ten jej konkretny grzech: po prostu więcej już tego nie rób! Uratowałem cię. Zapaliłem ci światełko w ciemnym tunelu, gdzie już nie było dla ciebie żadnej szansy. Jeżeli pójdziesz przez życie moją drogą, moim szlakiem – będziesz żyć. Będziesz chodzić w światłości, aż osiągniesz cel, którym jest moja bliskość i obecność. Tak by można przetłumaczyć czasownik akolouteo – idę za kimś jego drogą; ale nie tylko to: jestem tak blisko niego, by nie stracić z nim kontaktu, by być cały czas w łączności z nim. Po polsku to brzmi prymitywnie: „kto idzie za mną”, po czesku: „kdo mě následuje”, ale widzimy, że sens jest o wiele głębszy.

Kiedy przychodzisz do Jezusa, kiedy jestes z Nim skonfrontowany, On nie wypomina, On cię nie „punktuje”. Bo tam chodzi o twoje życie. Po to Jezus przyszedł, by cię uratować. To nam przypominają te święta. Przyszedł, by za ciebie umrzeć i darować ci życie wieczne. Możesz przyjść, jaki jesteś, czy jaka jesteś. Nawet jak ta dziewczyna, która się sama wplątała w bagno albo ktoś ją wmanewrował. Nie wiemy, kto ją popchnął w bagno, czy nie jej własny ojciec. Kto wie, kim był... To są tylko przypuszczenia, nasze „gdybanie”, ale Jezusowe słowa o potępieniu i głębokim nieustannym poczuciu winy tej kobiety mogłyby wskazywać na ślad, o którym mówię. Wtedy słowa Jezusa byłyby niesamowitą terapią; całe to spotkanie z Nim i uzdrowienie, jakie następuje. Nie tylko to, że ją uratował od śmierci – ale że jej życie się zmieniło. Zaraz potem mamy słowa o światłości i o tym, że ten, kto idzie za Nim, jest blisko Niego, nie będzie odtąd już dłużej brnął w starych grzechach ciemności, ale będzie mu świecić światło, które go zaprowadzi do celu. Troszeczkę mi to brzmi tak, jak gdyby ktoś z wczesnego Kościoła chciał usprawiedliwić, uzasadnić sytuację osoby wszystkim znanej, wskazać na to, że Bóg przemienia ludzkie życie i nie możemy komuś wciąż na nowo „wypunktowywać” grzechów, które należą już do przeszłości, które Bóg mu już odpuścił. Teraz idzie blisko Jezusa, „chodzi w światłości”, więc się nie czepiajcie. Nie sądźcie – jak ci, co samego Jezusa sądzili. Jeżeli będziecie oskarżać i osądzać – dotykacie swoim oskarżeniem samego Jezusa. Jak to było – o tej źrenicy oka Bożego, której się dotykamy, w którą kłujemy, kłując bliźniego oskarżeniami...?

Oglądamy dziś na ekranie, na liturgiczno-kazaniowej projekcji naszych myśli dwie osoby, które leżą sponiewierane, odarte z godności ludzkiej. Jedną jest kobieta, drugim mężczyzna. Ta pierwsza zasłużyła. Za chwilę ją ukamienują. Ten drugi jest niewinny. To znaczy, w obliczu litery ludzkich zakonów – winny; ale Bóg patrzy na serce. Też żeśmy to w noc wigilijną czytali: „Człowiek dostrzega to, co jest przed oczyma, ale Pan patrzy na serce” (1 Sm 16,7). Ale oto następuje coś paradoksalnego. Tamtą dziewczynę Jezus uratował od śmierci. Ten zacny człowiek, który pomagał innym, który – można by powiedzieć – spalał się na ołtarzu dla drugich, za swoje poświęcenie i dobroć zostaje ukamienowany. Będzie jeszcze o tym mowa po południu Na Niwach; przy okazji polecam. Szczepan szedł za Jezusem tak blisko, że niemal stał się jedno z Nim w Jego ofierze. Pewnie, że śmierć Szczepana nikogo nie odkupiła z jego grzechów – ale myślę, że rozumiecie: chodzi o to zjednoczenie z Bożym myśleniem. Skoro mój Pan dla mnie się ofiarował, dla mnie oddał życie, to i ja chcę być gotowy, by poświęcić swój czas, swoją uwagę, część swego życia – a może nawet to życie oddać, jeśli będzie trzeba – dla Niego i Jego sprawy. Jezus miał tysiąc okazji i możliwości, by uniknąć śmierci, a jednak nie uczynił tego – z miłości do nas, do ciebie i do mnie. Dlatego u Szczepana miłość i dobro drugiego staje się najwyższym kryterium.

To już „wyższa szkoła jazdy”, byśmy powiedzieli. Ale o tym mówi też nasz tekst z Ewangelii Jana. Chrystus swoim światłem rozświecił najciemniejszy, ostatni odcinek drogi życia Szczepana. Pewnie on sam nigdy wcześniej by nie przypuszczał, że odda życie dla swojego Pana, że będzie do tego zdolny. I ja wierzę, że tak jest ze wszystkimi, którzy prawdziwie cierpią dla Chrystusa. Gdy z nimi rozmawiacie – to znaczy z tymi, którzy przeżyli, naturalnie – oni nie uważają swego postępowania za żadne bohaterstwo. To my, tchórze pławiące się w dobrobycie, tak uważamy, że to coś szczególnego. Ale to znowu coś mówi o tym, że nie do nas należy osądzanie i ocenianie – nawet naszych własnych życiowych sytuacji. Gdy idziemy blisko za Jezusem – Jego światło ma na nas wpływ. Stąd apel, wezwanie: nie oddalajmy się ani nie ociągajmy, byśmy nie zostali w tyle i by nas moce ciemności, co prawda przegrane, ale wciąż jeszcze niebezpieczne, od naszego Zbawiciela nie oddaliły, nie odsunęły i nie sprowadziły na fałszywą drogę.