Rozdawać to, co z dobroci swojej dał Bóg

Autor: jak <sucha(at)sceav.cz>, Téma: Život s Bohem, Vydáno dne: 08. 07. 2016

Tekst biblijny: „Gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca: Cóż mamy czynić, bracia? – zapytali Piotra i pozostałych Apostołów. Nawróćcie się – powiedział do nich Piotr – i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych, i dla wszystkich, którzy są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz. W wielu też innych słowach dawał świadectwo i napominał: Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia! Ci więc, którzy przyjęli jego naukę, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się owego dnia około trzech tysięcy dusz. Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie. Bojaźń ogarniała każdego, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.” (Dz 2,37-47 – BT)


Kochani, mamy dziś przed oczyma tekst, który czytaliśmy z pewnością indywidualnie już wiele, wiele razy, nad którym parokrotnie zastanawialiśmy się też wspólnie tu na tym miejscu. Dlatego pozwoliłem sobie przeczytać z niego parę wierszy wcześniej, a na dodatek sięgnąłem do Biblii Tysiąclecia – bo kiedy znane słowa przeczytamy z troszeczkę innego tłumaczenia, w którym użyte zostały minimalnie inne słowa, inaczej nam wówczas ten fragment brzmi i łatwiej możemy odkryć w nim to, czego dotychczas nie zauważaliśmy. A Słowo Boże ma właśnie to do siebie, że przemawia do nas stale na nowo. Bo jest żywe, żywo nas dotyka. Jak czytamy, jest niczym ten „obosieczny miecz”; wydaje nam się nieraz, że już wszystko wiemy, że znamy dany fragment doskonale i nic nowego już z niego nie można wyczytać – aż tu nagle okazuje się, że w odmiennej sytuacji życiowej, w nieco innym kontekście w jakim znajdziemy się nagle my sami, Słowo Boże objawia swoje „drugie ostrze”, okazuje się działać i „z drugiej strony”, z zupełnie przeciwnej (mamy na myśli ten „obosieczny miecz”, o dwóch ostrzach). Ja bym powiedział, że nie dwa ostrza, ale i pięć, i dziesięć może mieć dane słowo od Pana. Zawsze ma moc przemówić do człowieka na nowo, na świeżo, coś innego mu ukazać i uwydatnić.

Dzieje się tak nie tylko dlatego, że wiele jest możliwości interpretacji każdego tekstu, jak by nam powiedzieli znawcy literatury. Bo gdyby chodziło tylko o to, każdy by interpretował Biblię na swój sposób i nigdy byśmy się nie zgodzili, nasze interpretacje by się rozchodziły, nie byłoby jedności. To cielesny sposób patrzenia na Pismo Święte i jego czytanie. Gdyby tylko o to chodziło, to wręcz – dla zachowania jedności Kościoła i zapobieżenia herezjom – należałoby zabronić czytania Biblii: bo każdy miałby własną prawdę i własną teologię. Nie, to sam Bóg przez Ducha Świętego działa poprzez słowa Biblii, kiedy ją czytamy. Dlatego nie tylko ma sens czytać Biblię, nie tylko wolno tak czynić, ale jest to ze wszech miar wskazane. Czasami mówimy, że to słowo miłości naszego Pana, Jego list do nas, do każdego i każdej osobiście. Czy byłoby to w porządku, gdyby ukochana osoba pisała do nas jeden list za drugim (dziś już obojętnie czy wysyłany pocztą, czy przez gołębia, dyliżansem, czy też pocztą elektroniczną) – ale my byśmy tej poczty nie czytali, tylko odkładali na zacne, godne miejsce (znów obojętnie czy na półce, w szufladzie, na stałym dysku czy w chmurce elektronicznej). Byłoby to bardzo smutne, że nie chcemy wiedzieć, co ma nam do przekazania ktoś, kto nas kocha, komu na nas bardzo zależy... To jest takie przyrównanie – ale niestety, bardzo często tak jest ze Słowem Bożym, że trzymamy je zaprószone gdzieś na honorowym miejscu, a tymczasem ono ma dla nas pociechę, wskazówkę dla danej sytuacji, w jakiej się właśnie znajdujemy. Wystarczy tylko sięgnąć. W trudnej chwili poprosić w modlitwie, by Pan do nas przemawiał, i wziąć Słowo Boże do ręki, otworzyć i... czerpać – nową siłę, zachętę, pouczenie, czasami napomnienie, by zawrócić ze złej drogi, czasami utwierdzenie w dobrym, choć nie widać by miało sens przy nim trwać...

Wybaczcie, że tak długo na ten temat się rozwodzę, ale to taka fajna okazja, by to sobie znowu uświadomić, by się do znajdowania wskazówek życiowych w Słowie Bożym nawzajem zachęcić. Bo czasami Słowo Boże przyrównujemy do chleba – że na co dzień potrzebujemy go do życia. Że się nim możemy każdego dnia na nowo karmić i ono stale na nowo przemawia. Że zawsze smakuje i nigdy się „nie przejy”, jak my to „po naszymu” mówimy. A wszystkie dzisiejsze teksty mówią właśnie o chlebie. O tym, że nasz codzienny pokarm, nasz chleb, pochodzi od Boga, jest darem Jego łaski, On nam go daje – i skoro On go dał, to my też możemy go dawać tym, którzy potrzebują, a nie mają go pod dostatkiem. Rozmnożenie pokarmu, nakarmienie tysięcy – to znajdujemy w kilku tekstach z Ewangelii wyznaczonych na dzisiejszą niedzielę. W Starym Testamencie na przykład ta manna, o której czytaliśmy od ołtarza. I aktywność człowieka, która jest odpowiedzią na Boży dar, na Bożą dobroć i łaskawość. Człowiek coś czyni, „rozmnaża”, powiedzielibyśmy, przynajmniej rozdaje to, co pobłogosławił i pomnożył Bóg. I pewnie dlatego wśród tych tekstów znalazł się też nasz fragment z księgi Dziejów Apostolskich. Bo tam jest mowa nie tylko o wspólnocie, ale też o dzieleniu się środkami materialnymi, fizycznymi, w praktycznych sytuacjach życia. Ludzie w tej pierwszej wspólnocie Kościoła w Jerozolimie sprzedawali posiadłości i mienie, po to by było czym podzielić się z uboższymi, bardziej potrzebującymi. I musimy powiedzieć, że to jest to, co łamie najbardziej zatwardziałe i nieprzyjaźnie nastawione serca. Wrogowie chrześcijan już na samym początku i później przez wieki na wielu innych miejscach musieli przyznawać: „Patrzcie, jak oni się miłują!” Wczoraj byliśmy wieczorem ze Staśkiem na spotkaniu przyjaciół Open Doors, organizacji zajmującej się pomocą prześladowanym chrześcijanom. Mamy od nich rózne świadectwa, na przykład w „Przyjacielu”, o tym jak muzułmanie nawracają się do Chrystusa. Byliśmy w Dzięgielowie na seminarium, gdzie przemawiał były muzułmanin. I wyraźnie mówił o tym, że przekonywanie muzułman czy rozdawanie im Biblii jest bez sensu, bo oni mają zapisane w Koranie, że przyjdzie człowiek o błękitnych oczach i będzie chciał im zabrać ich wiarę. Dlatego się zamkną jeszcze bardziej. Ale bycie człowiekiem, okazanie miłości, zwykłej ludzkiej życzliwości – to otwiera ich serca. Kiedy ktoś okaże zainteresowanie losem uchodźców, wyciągnie do nich pomocną dłoń, zwyczajnie po ludzku „jest człowiekiem” – wówczas można się modlić, dać Biblię, rozmawiać o wierze. Zawsze to działało i dziś działa; we wszystkich krajach, w różnych warunkach życia.

Mieliśmy tu jakiś czas temu ks. dra Marka Říčana z wykładem „Co dało światu chrześcijaństwo”. Nieraz sami się dziwimy, co wszystko, jaki postęp, jest wynikiem wpływu Ewangelii Chrystusowej i chrześcijańskiej miłości na ten świat. Dzisiejszy tekst opisuje nam doskonałą wspólnotę. I wybaczcie, jeżeli zasieję teraz w waszych sercach troszeczkę wątpliwości... Bo my kiedy czytamy ten fragment z Dziejów Apostolskich, zawsze tęsknie wzdychamy do tych czasów i realiów i pytamy: dlaczego dziś chrześcijaństwo tak nie wygląda, gdzie tkwi błąd, w czym zgrzeszyliśmy? Mamy za mało Ducha, za mało się modlimy? A może mamy rozprzedać wszystko co mamy i żyć w takich komunach, jak ci pierwsi chrześcijanie? A wówczas będzie to prawdziwym świadectwem dla świata i Pan będzie codziennie przymnażał zbawionych... Ja myślę, że mamy w Biblii ten fragment właśnie po to, byśmy się zastanawiali. Byśmy wciąż na nowo pytali Pana w modlitwie, jak możemy być świadectwem w dzisiejszym świecie i naszych warunkach, w naszym życiowym kontekście. By ludzie patrząc na nasze życie pytali: Co mamy robić, by też mieć udział w tej miłości; by mieć kontakt z Bogiem, który tak miłuje. To zadanie dla każdej generacji chrześcijan w każdym miejscu. Ale ten tekst nie daje gotowej odpowiedzi – on jest impulsem do modlitwy i przemyśleń. Jaki jest nasz wpływ na otoczenie, jaka jest nasza misja, nasze zadanie? Czy ludzie widząc nas pytają o to, jak mogą spotkać się z żywym Bogiem? Jakiego Boga pokazujemy naszym życiem indywidualnym i życiem naszej wspólnoty parafialnej?

Stan idealny – to ukazuje Pismo. Ale gdyby nas to deprymowało, że my nigdy czegoś takiego nie osiągniemy, choćbyśmy jak się starali – wówczas Duch Boży przychodzi do nas z pociechą. Jaką? Ano, choćby taką: czy myślicie, że to wszystko wtedy, w czasach apostolskich, wyglądalo tak idyllicznie? Przecież oni byli prześladowani! Chcielibyście być prześladowani, zamykani do aresztu, chłostani, ale także pozbawiani majątków, pozbawiani pracy, wypędzani z domów, rzucani na arenach między dzikie zwierzęta? Musimy o tym pamiętać, kiedy czytamy o „stanie idealnym”, w którym chrześcijanie „cieszą się przychylnością całego ludu” lub według przekładu Tysiąclatki „cały lud odnosi się do nich życzliwie”. Taki stan błogości osiągniemy kiedyś w Królestwie Bożym, na tej ziemi nie ma tak dobrze! A co z tą wspólnotą dóbr, z tym sprzedawaniem wszystkiego i rozdzielaniem między potrzebujących? Przecież z samych Dziejów Apostolskich wiemy o takich, którzy nie chcieli sprzedawać, albo przy tym rozdzielaniu „niemnożko” oszukiwali, jak chociażby Ananiasz i Safira. A gdyby było tak, jak żeśmy dziś czytali, to najlepszym sposobem rozwiązania problemów świata byłby komunizm. Ale nie jest. Bo człowiek jest grzeszny i póki grzech działa na tym świecie, tego stanu idealnego się nie osiągnie. A że komunizm nie działa, o tym uczy już Nowy Testament. Ten Kościół w Jerozolimie, nawet jeżeli postępował tak, jak dziś czytamy, zaniedługo popadł w tak wielkie tarapaty, że wierzący z całego świata musieli robić na nich zbiórkę! Organizował to apostoł Paweł i potem sam do Jerozolimy dostarczył. Było więcej potrzeb niź środków. Myśmy to też w komunizmie przerabiali. Potem trzeba było się zadłużać i zadłużać, bo pieniądze nie spadają z nieba, jak ta manna... A te tłumy, wręcz tysiące nawracające się codziennie do Chrystusa i dające się ochrzcić? Czasami Pan Bóg tak działa, spektakularnie, jak po przemówieniu Piotra. Pytanie, ilu z tych trzech tysięcy na drodze za Chrystusem wytrwało. Dzięki Bogu za takie chwile, za wielkie ewangelizacje, za takie okazje. My mieliśmy wielkie satelitarne ewangelizacje ProChrist. I gdzie te tłumy nawróconych? Ale na przykład była taka akcja w hali Spodek w Katowicach, też z Parzanym, gdzie rzeczywiście tłumy wychodziły do przodu, przyjmując Chrystusa. Ci ludzie byli przygotowani – w łonie Kościoła rzymskokatolickiego, gdzie od dzieciństwa słyszeli Ewangelię – i wystraczył drobny impuls, to Słowo, które nagle przemówiło z trochę innej strony, Duch Boży który poruszył serca – i ludzie się nawracali. I wierzymy, że są aktywni w swoim Kościele... A może nie?

Tam wtedy, kiedy kazał Piotr, słuchali Żydzi, którzy od dzieciństwa znali Pismo Święte. Dlatego wystarczył impuls i nawracały się tysiące. Kiedy apostoł Paweł zwiastował na wielkich arenach, na przykład w Efezie, kiedy przemawiał do pogan, wygwizywali go i wyśmiewali, a zaraz potem obracało się przeciwko niemu całe lobby producentów dewocjonaliów, którzy straciliby swój zysk, gdyby ludzie przyjmowali Chrystusa. Albo drwiono z Pawła, kiedy zwiastował filozofom i inteligentom w Atenach. „Tak, tak, innym razem cię posłuchamy...” Ale zawsze czytamy, że znalazło się PARĘ osób, które poruszone przez Bożego Ducha oddały swoje życie Chrystusowi. I od tych kilku rozwijał się zbór, lokalny Kościół. Albo od tych, którzy wypędzeni z jednego miejsca, osiedlali się gdzieś indziej, jako emigranci – i tam swoim życiem wskazywali, że da się inaczej niż tylko zagraniać pod siebie i żyć wyłącznie dla własnego zysku i przyjemności. Że jest Bóg, który kocha człowieka – i On tego człowieka uzdalnia nawet do miłowania nieprzyjaciół. Że istnieje coś takiego, jak odpuszczenie, przebaczenie – i to jest to, co kruszy skałę zatwardziałości ludzkiego serca.

Mamy więc nasz dzisiejszy ideał – który chyba zawsze bardziej był ideałem niż rzeczywistością – i mamy nasz świat, kontekst, w którym nas Bóg postawił. Po to, byśmy pytali, jak możemy być w naszej sytuacji Jego światłem i świadectwem o Jego miłości. A kiedy okazuje się, że wielekroć żeśmy zawiedli, On ma dla nas odpuszczenie i zachęca, by spróbować znowu... Bo to o Jego działanie, o Jego moc chodzi, a ta się nie wyczerpała...

jak