Czego uczą nas Jezusowe „Tischreden”

Autor: jak <sucha(at)sceav.cz>, Téma: Život s Bohem, Vydáno dne: 13. 06. 2015

Tekst biblijny: „Gdy to usłyszał jeden ze współbiesiadników, rzekł do niego: Błogosławiony ten, który będzie spożywał chleb w Królestwie Bożym. A On mu rzekł: Pewien człowiek przygotował wielką wieczerzę i zaprosił wielu. I posłał swego sługę w godzinę wieczerzy, aby powiedział zaproszonym: Przyjdźcie, bo już wszystko gotowe. I poczęli się wszyscy jeden po drugim wymawiać. Pierwszy mu rzekł: Kupiłem pole i muszę pójść je zobaczyć; proszę cię, miej mię za wytłumaczonego. A drugi rzekł: Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, miej mię za wytłumaczonego. A inny rzekł: Żonę pojąłem i dlatego nie mogę przyjść. A gdy wrócił sługa, doniósł o tym panu swemu. Wtedy gospodarz rozgniewał się i rzekł do sługi swego: Wyjdź prędko na place i ulice miasta i sprowadź tutaj ubogich i ułomnych, i ślepych, i chromych. I oznajmił sługa: Panie, tak się stało, jak rozkazałeś, i jeszcze jest miejsce. Wtedy rzekł pan do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i przymuszaj, by weszli, i niech będzie zapełniony dom mój. Albowiem mówię wam, że żaden z owych zaproszonych mężów nie skosztuje mojej wieczerzy.” (Łk 14,15-24)


Umiłowani, nasz tekst, jak każde z Jezusowych podobieństw, zawiera w sobie kilka poziomów, na których moglibyśmy się zatrzymać i według tego nad tym słowem się zastanawiać. Zawsze jednak kiedy mam przed sobą Słowo Boże, staram się popatrzeć na nie najpierw oczyma tych, którzy w danym momencie historycznym byli jego odbiorcami, którzy go słuchali i w jakiś tam sposób po swojemu rozumieli. Oczywiście, to nie jest łatwe, ponieważ dziś żyjemy w zupełnie innym kontekście historyczno-geograficzno-kulturowym, aniżeli np. słuchacze słów Jezusa z Nazaretu. Dlatego musimy zawsze odwołać się do lat badań nad tekstem, do tego co osiąnęli już i co zrozumieli naukowcy, którzy dogłębnie te wszystkie sprawy badali i wyciągali wnioski. I potem – oczywiście – musimy krytycznie się nawet do tych badań ustosunkować, tzn. nie przyjmować wszystkiego bezkrytycznie. I fachowcy mogą się czasem mylić. A poszczególne nowe generacje biblistów, archeologów, a zwłaszcza filologów i teologów inaczej patrzą na niektóre teksty niż się patrzyło na nie przed stu czy dwustu laty. Duch Święty jest tym, który pomaga nam w takim wypadku zrozumieć wiele rzeczy, a przede wszystkim pomaga, by to słowo biblijne konkretnie do nas przemówiło. Bo tego chcemy – uczyć się od Pana. Ale nie chcemy wczytywać w Słowo Boże tego, czego tam nie ma. Nie chcemy wyciągać wniosków fałszywych. Bo komuś na czymś takim myślę że szczególnie by zależało. Nawet na samym Jezusie tego próbował: cytując Słowo Boże, stosując półprawdy, mówił mu kłamstwa, kłamstwa i tylko kłamstwa. Jest ojcem kłamstwa. I nie ma czarnego futra, rogów, kopyt, ogona – bo nie jest krową ani kozą – ale jest przebiegłym chytrusem, siedzącym gdzieś tam w naszej głowie i podpowiadającym nam, nawet używając Bożego Słowa, że przed Bogiem trzeba się ukryć!

I o tym właśnie jest ten dzisiejszy tekst. O przewrotnym oszustwie, według którego ludzie pragnący z serca być otwartymi na Boga, wręcz „systemowo” – powiedziałbym – na codzienność z Panem Bogiem nastawieni, stawiają sami siebie od Niego z daleka, uciekają, oddalają się. Tak bardzo wpatrzeni w literę Słowa, któremu starają się ze wszystkich sił być wiernymi, nie zauważają, jak w życiu obok nich to Słowo się spełnia, realizuje, staje się... Obok. A oni też obok. Mimo... To uczeni w Piśmie, zakonoznawcy – dziś nazwalibyśmy ich strażnikami wartości i tradycji. O, jak bardzo nam dziś w Europie takich ludzi potrzeba! Nie osądzajmy nigdy faryzeuszy, kiedy czytamy Słowo Boże. Kiedy bowiem ucichł głos proroków (zawsze tak jest: niczym fala przesuwają się okresy przebudzeń na przemian z okresami stagnacji i utwierdzania), to oni byli tymi, którzy starali się, by lud Boży żył na co dzień według Jego Słowa. Starali się to słowo wykładać, aplikować do codziennego życia, tego Słowa innych uczyć, uczyć jak poznawać wolę Bożą i jak według niej żyć.

Ale tu – pułapka! Bóg sam przychodzi na ten świat; i to nie w sposób nagły, Jego Słowo to przez wieki zapowiadało... A ci, którzy to Słowo studiowali, nagle okazują się nie być gotowymi. Jakby ktoś specjalnie nagle im zasłonił wzrok duchowy. Wiemy: to ten, który nie ma futra i kopyt. I oto nagle historia realizuje się obok nich, a oni zostają... z niczym. Ze swoją tradycją, osiągnięciami, teologią. Ale w tym nie ma życia, nie ma Ducha. Jest tylko formalizm, litera. Z pola widzenia zgubił się człowiek, dla którego to wszystko miało być. I ja myślę, że dziś żyjemy w dokładnie takich samych czasach: wybaczcie mi sformułowanie, ale z czeska nie zabrzmi ono aż tak wulgarnie – dosłownie „wypróżnione” w swych treściach chrześcijaństwo już od dawna nie ma ludziom nic do powiedzenia. Szatan półprawdami głoszonymi przez filozofię, kręgi jakoby naukowe, w kontekście kultu ludzkiego rozumu, wypchnął gdzieś daleko w cień całe zwiastowanie chrześcijańskie, tak iż kolejne i kolejne pokolenia coraz mniej jego treść znają, coraz mniej słuchają, zapał stygnie, a z wiary staje się formalny zwyczaj... Potem wystarczy krótki czas próby – w próbie wytrwają tylko ci, którym na czymś zależy – cała ta „formalina” w naturalny sposób się wyłączy, przesieje i oddzieli: i potem się zastanawiamy, jak utrzymać zbory, potem trzeba kościoły sprzedawać na domy kultury czy supermarkety, a na miejsce formalnej religijności albo teraz już raczej religijnej pustki przybywają inni, zapaleni dla swojej wiary i gotowi dla niej do najwyższych poświęceń. Bo w przyrodzie coś, co ginie, musi zostać szybko zastąpione przez to, co się do życia rodzi i jest żywotne; takie są prawa natury.

Wtedy formalizm religijny ówczesnego judaizmu – ale i rozpasane i „rozmemłane” etycznie pogańskie kulty religijne ówczesnej Europy – zastąpiło żywe chrześcijaństwo. Czy dziś ono samo zostanie zastąpione falą islamu? Dobrze sobie to ryzyko uświadomić, ale myślę, że tak się nie stanie. Bo Kościół jest Bożym dziełem, nie ludzkim. Bowiem żadne ludzkie zgorszenie ani po czesku „selhání” (język polski takiego słowa nie ma; zawód, zaniedbanie?) nie zniweczy dzieła Bożego. Dlatego ten dzisiejszy tekst powinien stanowić dla nas nowe wyzwanie. Jezus jest „na imprezie” u wysoko postawionego uczonego w Piśmie, rozmawia z ludźmi, a niektórzy zapamiętują albo notują jego słowa. Coś jak później „Mowy stołowe” Marcina Lutra. Ktoś uważny coś zapisze, coś zapamięta, nawet gdyby inni przeoczyli... Fajne. O czym więc toczy się ta rozmowa? Dyskutują o tym czy wolno uzdrawiać w sabat. Czyli: co ważniejsze – święto z jego zasadami, święto dla święta, czy człowiek z jego chorobą. Czy ważniejszy jest dzień Pański i odpoczynek, bo tak Słowo Boże nakazuje, czy też praca – jeżeli ona pomaga drugiemu ulżyć w jego cierpieniu. I potem dalszy dylemat: czy należy bardziej bronić pewnych wartości, które powoli w społeczeństwie zanikają, przestają odgrywać tak ważną rolę, jak kiedyś – ale to niedobrze, bo gubi się szacunek: dziś np. dla zawodu nauczyciela, księdza, sędziego; wówczas dla innych godności... Czy też to wszystko trzeba odłożyć na bok i zająć się kwestiami socjalnymi. Tam w ewangelii jest mowa o zajmowaniu miejsc na gościnach, o przyjmowaniu „ubogich, ułomnych, chromych, ślepych”; przeczytajcie sobie w domu, ale na pewno. Trochę tak jakby się dziś ktoś zastanawiał czy ksiądz może jeździć dobrym samochodem – czy musi na rowerze, skoro niektórych nawet na niego nie stać. I potem następuje to przeczytane przez nas podobieństwo. A na koniec mowa o kosztach uczniostwa, o tym że droga Boża coś kosztuje – słowami prof. Bartoszewskiego: że warto być przyzwoitym; nie że się opłaca – bo się nie opłaca – ale warto.

No więc ciągle jesteśmy gdzieś w środku tej rozmowy (i w środku rozdziału ewangelii). Jezus przy stole ostrzega tych, którym się wydaje, że znają doskonale Boże Słowo i Bożą wolę, by się nie okazało, że oto historia ich ominęła wielkim łukiem. Bóg zaprasza ludzi do swego Królestwa, a oni nie tylko, że sami nie wchodzą, ale jeszcze innym bronią wejść ze wszystkich swoich sił. O tym jest mowa „na pierwszym poziomie”. A na dalszych? Wiele wniosków można by wysnuwać, bowiem są to prawdy o charakterze ogólnoludzkim. Niektórzy teologowie zwracają uwagę na trzy wartości, na których ludzie budują swój system, swój świat. I myślę, że o tym warto wspomnieć. Chodzi tu o majątek, pozycję i przyjemności. Każda z tych trzech rzeczy przez wieki staje się celem, dla którego ludzie żyją. I swoją wartość budują na tym, że któryś z tych celów osiągnęli. A uwaga: na tych trzech gwarancjach nie miał polegać już król izraelski, tak uczyło Słowo Boże. Przestrzegało go przed poleganiem na mnóstwie koni, jak u Egipcjan, mnóstwie kobiet oraz mnóstwie srebra i złota. A w Nowym Testamencie apostoł ostrzega przed pożądaniem ciała, pożądaniem oczu i pychą życia, czyli znowu te same trzy filary.

Na czym budujesz? Na czym zakładasz wartość swojego jestestwa? Strasznie fajną rzeczą jest mieć zabezpieczenie finansowe – i odpowiedzialnie powinien człowiek do tego dążyć. Ale może to się stać dla niego pułapką. Człowiek powinien się rozwijać, dawać pracę innym i pomagać tym, którym mniej się poszczęściło, albo mają po prostu inne talenty, by zabezpieczyć ich potrzeby socjalne. To podstawa funkcjonowania społeczeństwa. Nie da się po komunistycznemu: jeden ma, a drugi nie ma, więc zabierzemy temu, który ma i damy temu, który nie miał. I teraz ten drugi ma, a ten pierwszy nie ma. Nonsens. Lepiej pomóc temu, który ma, rozwinąć talenty i sprawić, by mógł sam się cieszyć i z miłością dawać innym. No, wiemy, że z powodu grzechu to też niekoniecznie działa – tu jest ta pułapka: nasz ludzki egoizm, patrzenie ze swojego tylko punktu widzenia, troska o swoje tylko potrzeby itd. Dochodzi do tego zwykła chciwość – i potem efekty są takie, jakie są, że środków na wyżywienie wszystkich głodnych jest na świecie dość, tylko że ci, którzy mają, nie chcą się tym z innymi podzielić... Jeżeli budujesz swoją wartość jako człowieka na tym, ile masz – jesteś w kropce. Dietrich Bonhoeffer pisał: „Troska gromadzi skarby, a skarby gromadzą znów troski”. Dążenie do tego, by mieć i czuć się z tym dobrze może być przeszkodą dla usłuchania Bożego głosu, Bożego wezwania, zaproszenia. A Jezus przy ukrzyżowaniu ma tylko szatę...

Strasznie fajną rzeczą jest być autorytetem – i odpowiedzialnie powinien człowiek do tego dążyć. Ale może to się stać dla niego pułapką. Myślę, że to jest nie mniejszy problem niż ten poprzedni. Chcemy być kimś, coś znaczyć – może dlatego, że tymi, którzy nic nie znaczą, świat pogardza. Mamy z tym problem zwłaszcza my mężczyźni i to w momencie, kiedy przechodzimy z ważnych na mniej znaczące stanowiska. Albo na emeryturę. Wtedy zaczynają się problemy zdrowotne. Organizm pracował na wysokich obrotach i sam się stymulował do pokonywania niektórych problemów zdrowotnych; teraz już nie musi... We własnych oczach i w oczach innych coś żeśmy znaczyli, kiedy piastowaliśmy jakąś uznawaną godność lub stanowisko. Kto na tym tylko buduje, tego samoocena zniknie jak bańka mydlana wraz ze stanowiskiem. Wszystkie „młode wilki” dążą do tego, żeby wypchnąć tych starych – ale i oni stracą swój blask i zostaną zepchnięci na margines. Jeżeli te „woły” z przypowieści, czyli moc i pycha życia są dla ciebie przeszkodą, by przyjąć Boże zaproszenie, masz problem.

Trzeci z zaproszonych tłumaczy się, że pojął żonę i dlatego nie ma czasu dla Królestwa Bożego. Jesteśmy dorośli, mamy swoje trafne przemyślenia, myślę że tego nie trzeba tłumaczyć. Strasznie fajną rzeczą jest mieć u boku ukochaną osobę – i odpowiedzialnie powinien człowiek do tego dążyć. Ale i to może stać się dla niego pułapką. Nawet szczęście rodzinne nie może być najważniejszym naszym celem, bo gdy zapomnimy o Bogu, wówczas tak naprawdę tego szczęścia nie będzie. Stracimy istotę relacji z drugą osobą, to co najbardziej wartościowe, Boży skarb ukryty w sercu człowieka. A dobrego przykładu szczerej wiary i modlitwy, przykładu godnego i pięknego życia z Bogiem nie zastąpią naszym dzieciom i najbliższym żadne dobra materialne ani luksus czy dobrobyt.

Jezus raz powiedział, że nawet z kamieni Bóg może wzbudzić dzieci obietnicy... Tu w przypowieści zapowiada, że ci najsłabsi i najbardziej pogardzani, niezauważani i odtrąceni staną się zalążkiem Bożego dzieła – zamiast bogatych i dumnych, którzy Boże Słowo odtrącili. Niechaj to będzie dla nas przestrogą, byśmy nie przespali chwili, kiedy Pan Bóg do nas mówi...